Translate

wtorek, 15 października 2013

Nalewka urodzinowa DIY


Ponieważ zostałam zaproszona na poszóstne urodziny - w sensie że aż 6 osób robiło wspólną imprezę :) - trzeba było coś wymyślić w kwestii prezentów. A ponieważ niedawno zrobiłam większe ilości nalewki z aronii (która jak co roku obrodziła u mojej mamy na działce, a która jak wiadomo jest samym zdrowiem), postanowiłam się tym trunkiem z szanownymi jubilatami podzielić. 

Pytanie powstało: w czym? Czyli w co to wlać? Mama nie miała zapasu piersiówek... Znajomy polecił zakupienie sześciu wiśniówek/cytrynówek lub innych żołądkowych, wypicie ich, no i będę mieć flaszki... Jakoś ten pomysł nie przypadł mi do gustu... Nie po to robię w pocie czoła trunki, żebym miała kupować jakieś sztucznie barwione i identyczne z naturalnym aromatyzowane...

Pozostało zbieractwo... Czasu było niewiele, ale ponieważ mieszkam w dzielnicy, która rokuje :), postanowiłam zaryzykować. W mojej okolicy puste flaszki po różnych trunkach zostawione na chodniku, krawężniku, pod ławeczką, na ławeczce to niemal obowiązkowy element krajobrazu. I nie zawiodłam się! Podczas spacerów z dzieckiem znalazłam nawet więcej, niż potrzebowałam, bo 7 sztuk! Może panowie (i panie) konsumujący zostawiają buteleczki w wyżej wymienionych miejscach (zamiast wrzucać je do kosza) właśnie z myślą o takich jak ja zbieraczach? :) Chcę się powiedzieć, że rzeczywistośc jest bardziej prozaiczna, a kosz zawsze za daleko, ale ponieważ wolę tworzyć sobie w myślach świat piękniejszy i ludzi lepszych, pozostanę przy mojej w ludzi wierze . Tym bardziej, że wszystkie znalezione flaszki posiadały oryginalne zakrętki :) Jakby na mnie czekały...:)

A propos wyrzucania i nurkowania do kosza...Nic w tym przyjemnego, ale niedalej, jak przedwczoraj nie mogłam oprzeć się pięknej sześciennej butelce po wódce ogórkowej (tak, tak "Świeży ogórek" się to nazywało!) i wyciągnęłam takie cudo z kosza na śmieci właśnie... Do ćwiczenia dekupażu na szkle będzie jak znalazł...


Ale wracając do flaszek-piersiówek. Po poddaniu ich wrzącej kąpieli w celu usunięcia etykietek, zanieczyszczeń, bakterii i innych zarazków, napełniłam aroniówką, nakleiłam na cieniutką taśmę dwustronną etykietki ze złotego papieru (akurat został mi po produkcji gadżetów ślubnych). Tekst na szybko wykonany pisakiem czarnym. Pismo ręczne to mój słaby punkt, ale czasu było bardzo mało i bałam się zmagań z drukarką, która w napiętych sytuacjach lubi pokazywać swoje fochy :)

Na koniec "kapturki" z serwetki jesiennej, rafia z odzysku i voila! 
Proste, recyklingowe, od serca... Mam nadzieję, że obdarowanym będzie smakowało. 
Sto lat i na zdrowie!




sobota, 5 października 2013

Drób na desce cz. 2 i wygrane candy


Dawno nie pisałam... Bo i tyle się dzieje! Spełniam moje marzenie... Ale o tym na razie sza! :) Wracając do drobiu - pisałam już o nim w części pierwszej tutaj. Dziś będzie o desce, którą wykonałam jeszcze przed wakacjami na freestyle'owych warsztatach z decoupage u Pani Ani (pozdrawiam!)

Bardzo lubię tą (tę?) dechę, nie wiem dlaczego. Aż nawet zawiesiłam ją sobie na ścianie :). Dopiero dziś udało mi się ją sfotografować. Poszłam z Wojtusiem na spacer i takie mam fotki na łonie Matki Natury :) Nie mogłam się zdecydować, które zdjęcie załączyć, więc daję kilka...


Krótko powiem, że ten kolor niebieski to Decorfin Lavande (nie wygląda, prawda?) , a z pod niego wygląda czerwony - takie połączenie zastosowała na jakimś obrazku Pani Ania i tak mi się ono spodobało, że odgapiłam... 


Środkowe koguty są już znane z deski do krojenia. Koronka z Worka od Mamy (w którym mnóstwo tasiemek i koronek mamy). I miałam uporczywą wizję czegoś czerwonego tam na górze, i z braku laku przykleiłam z tyłu te "pędzelki" z czerwonej rafii. Może niedługo je odkleję...

Z cieniami...
Nie ma jak jesienne światło...

Na koniec pragnę się pochwalić kolejną wygraną w candy! Tym razem jest to komplet przeuroczych podkładek wykonanych techniką pirografii przez złote rączki Riannon z bloga http://tuskulum-riannon.blogspot.com. 
Do pirografii się kiedyś przymierzałam, bo można fajne rzeczy wyczarować w drewienku, ale trudno jest o odpowiedni sprzęt. Ale, może kiedyś... 


Jeszcze raz dziękuję Riannon, a dla wszystkich jesienne pozdrowionka.

środa, 18 września 2013

Lato, gdzież że Ty? Koszyczki po malinach.

Lato chwilowo nas opuściło, leje, szaro i nie ma jak zrobić słonecznych zdjęć. No trudno, jakoś trzeba sobie radzić. Dziś temacik na szybko i na czasie, gdyż maliny w takich małych i większych tekturowych koszyczkach, ( lub raczej kobiałkach) można jeszcze kupić w sklepach Warzywa-Owoce. Tak sobie pomyślałam, że taki koszyczek szkoda wyrzucić i może on jeszcze do czegoś posłużyć. Na przykład na przechowywanie różnych drobiazgów walających się w pracowni - gumki do mazania, spinacze,  skrawki materiałów itp. Fajnie może sprawdzić się jako koszyczek podręczny, np. na odkładanie wydartych lub wyciętych z serwetki motywów. Mi właśnie do tego posłużą.
Do tej pory kładłam te skrawki serwetek luzem na stole, i nie raz zdarzało się,  (zwłaszcza jak  trzeba było nagle wstać od stołu), że gdzieś mi toto sfrunęło. A takbędzie grzecznie sobie w koszyczku leżeć i czekać na swoją kolejkę :)

Po uprzednim oczyszczeniu kobiałek z resztek owoców (można je nawet delikatnie umyć, nie rozpadną się), pomalowałam je na biało akrylową Śnieżką, podczas gdy moje dziecko też malowało na podłodze plakatówkami :).

Aha - przed malowaniem warto "utwardzić" kobiałkę takim specjalym preparatem, np. podkładem do kartonów Arte, ale ja akurat takowego w tej chwili nie mam, więc nie zastosowałam.

Wiedziałam też, że nie mam akuratnie w domu żadnej malinowej serwetki, ale wiedzialam, że mam poziomkową :) Gdy jej szukałam, wpadła mi w ręce dosłownie resztka serwetki z owocami lata (w tym 2 malinki - jupii!!). Powstał więc taki oto smakowity i kolorowy recyklingowy zestawik, w sam raz na wspomnienie lata :)





A-odnośnie koszyczka "różnoowocowego". Wszystkie owocki zostały wydarte (podczas, gdy dziecko układało puzzle) z serwetki i przyklejone na białe tło. Kolorowe tło jest moim dziełem (?) w ramach eksperymentu z kredkami akrylowymi (dziękuję Dyzi z blogu Decopinia za inspirację).

Po użyciu tych kredek powierzchnię należy zabezpieczyć fiksatywą (gdyż przy lakierowaniu wszystko się rozmaże). Ja z braku fiksatywy zastosowałam lakier do włosów w sprayu - jedna warstwa! Jak psiknie się więcej, to przy nakładaniu lakieu akrylowego, ten do włosów złuszcza się.
Czyli kolejny eksperyment mamy za sobą :)

Trochę wyszło jak dla mnie zbyt full color i jarmarcznie, gdyż wkręciłam się w to kolorowanie, ale co tam! Ma przypominać lato! Czyli kolory, smaki, słońce, mniam!

A-podczas tej robótki nuciłam sobie piosenkę z płyty Marka Grechuty "Śpiewające obrazy"... Piosenka, którą śpiewa niesamowita Dorota Pomykała - "Piruet na polnej drodze"... Posłuchajcie :)


"Zimno nie jest, ale dreszcz, dreszcze jak prąd
Gdy pomyślę że się drapię w jeżynach po malinkę, po poziomkę..."



W kwestii technicznej: koszyczki mają po takie 2 "dziurki" w dnie, więc jak ktoś zamierza przechowywać np. koraliki czy inne maleństwa, dziurki należy zakleić, np. jakąś porządną taśmą klejącą, albo papierem - jak kto woli. Ja zostawiłam.

Pozdrawiam słonecznie i życzę wszystkim ciepłej jesieni :)




sobota, 14 września 2013

Warsztaty z decoupage, Wrocławski Klub Formaty


Robię, robię, zarobiona jestem - nie mam kiedy popstrykać zdjęć, tym bardziej że pogoda temu nie sprzyja...
Opowiem więc dziś dla odmiany o warszatach z decoupage, jakie poprowadziłąm w sierpniu (20 i 27) dla dzieci we Wrocławskim Klubie "Formaty". Propozycja wyszła od Reni, która tam pracuje i pomyślała, że fajnie by urozmaicić czymś nowym półkolonie, które aktualnie się tam odbywały. 

Trochę bałam się tego wyzwania, bo w końcu to dzieci, i w ogóle... Bałam się "trochę" do momentu, aż Renia poinformowała mnie, że dzieci będzie...30 :) sztuk, w wieku głównie 7-9 lat...
Od tego momentu nie bałam się już "trochę", ale zaczęłam dygać, peniać i jak to się tam jeszcze nazywa... Kurna, jak to zrobić, jak to ogarnąć, przecież decu to raczej kameralne coś... Skąd wziąć tyle pędzli, nożyczek, ile serwetek zakupić?! 

Czy ja w ogóle zdołam się przez taki tłum przebić z powiedzeniem czegokolwiek?
Czy mnie nie wyśmieją? Nie obrzucają czymś (np. tymi drewnianymi podkładkami)?
Już samo słowo "deKUPAż" może u dzieci wzbudzić błyskawicze skojarzenia i wywołać lawinę głupich śmichów ;)

No, miałam chęć się wycofać. Ale tylko przez chwilkę. Do peniaczy to ja nie należę! 

Trochę dodała mi otuchy Renia obiecując swoją i koleżanki Ani pomoc w łagodzeniu nastrojów, tudzież tłumieniu buntu i ewentualnej pacyfikacji tłumu. 

Po kilku nieprzespanych nocach spędzonych na obmyślaniu strategii, obliczaniu, zamawianiu materiałów (Klub "Formaty" pokrył koszty), malowaniu na biało drewnianych podkładek, bransoletek i świeczników, rozcinaniu na 4 serwetek i grupowaniu ich w zestawy, pakowaniu i mówienia sobie "będzie dobrze, dasz radę", NADSZEDŁ TEN DZIEŃ:) 

Po dotarciu na miejsce okazało się, że cała imprezka odbędzie się w sali widowiskowej :) - w innych pomieszczeniach byłoby za ciasno. Zaczęliśmy ( z Renią, Pawłem i Andrzejkiem)  od ustawienia połączonych stołów w 4 "stanowiska" - przy każdym miało usiąść około 6 osób. Na przeciwko tych rzędów był "Stolik pani prowadzącej", na którym ustawiłam moje wytwory w celu pokazania, o co w ogóle chodzi. 

Renia załatwiła pędzle, słoiki na wodę i kilka dodatkowych par nożyczek z pracowni plastycznej. Na każdym stole było więc po trochu tych dóbr, ale nie tak, żeby starczyło dla każdego dziecka, oj nie! Zapowiedziałm im od razu, że będą musiały współpracować.

Na każdym ze stołów wyłożyłam pomalowane na biało drewniane zakładki do książek i podkładki pod kubek (w różnych kształtach), oraz pędzle, serwetki i klej w kubeczkach po Danio, lakier w słoikach. Na moim stoliczku zaś stały inne przedmioty do ozdobienia (świeczniki, pudełka, bransoletki. Z zamysłem, że może ktoś, komu dobrze pójdzie podkładka, spróbuje ozdobić coś trudniejszego. A w ogóle to tych materiałów miało starczyć na 2 warsztaty. Taaa, yhy...;) Ale, ale, nie wybiegajmy aż tak w przyszłość...

Wybiła godzina "0", przeżegnałam się, pociągnęłam łyk wody z butelki, i oto dzieciaki wsypałay się do sali. Trochę zeszło, zanim zajęły miejsca i uciszyły się na tyle, żebym mogła zabrać głos. 
I o dziwo: 
- pozwoliły mi się wypowiedzieć
- słuchały nawet z zainteresowaniem
- ochoczo zabrały się do pracy, w trakcie której nie dźgały się nożyczkami, nie oblewały klejem, nie łamały zakładek :) 
Moje czarne wizje nie sprawdziły się, byłam pozytywnie zaskoczona. Oczywiście ciężko było do każdego podejść, każdemu pomóc i podpowiedzieć. Nieoceniona okazała się obecność dziewczyn, które po załapaniu, o co chodzi, pomagały dzieciakom. Miały ze sobą gwizdek, co też było przydatne, gdy hałas robił się zbyt wielki :).
Pani prowadząca i zasłuchany tłum :)

Mój faworyt - zaangażowanie, dokładność - jak się wczuwał!
Pracownicy pomagali :) Pani Agnieszka.

Okazało się, że niektórzy zapomnieli (albo nie usłyszeli), że przyklejamy tylko jedną warstwę serwetki, w ogóle z rodzielaniem warstw małe rączki miały najwięcej kłopotów. Niektóre dzieci wczuły się w temat i próbowały jakoś zakomponować pracę, niektóre tylko przyklejały, aby przykleić i wziąć następną podkładkę, czy o zgrozo - szkatułkę :). 

Wydaje mi się, że każdy zrobił choć jedną rzecz (choć niektórzy (głównie chlopcy) narzekali, że to nuda i głupie) :)
Rekordziści wykonali aż 4 prace, którymi mieli obdarować mamy, ojców, babcie...
Pomagam rozdzielać warstwy :)
Praca wre

Miłym akcentem było przyjście pracowników Klubu Formaty, którzy zwabieni nieznanym tematem postanowili spróbować swoich sił i zrobili całkiem fajne rzeczy!



Następne warszaty miały odbyć się za tydzień, a ponieważ nie zostało już NIC do ozdabiania, musiałam zamówić kolejne rzeczy. Niestety w sklepie, w którym wcześniej robiłam zakupy, skończyła się promocja na zakładki i podkładki, musiałam coś wykombinować i postanowiłam wykorzystać skrzętnie zbierane przeze mnie puszki po groszku, kukurydzy i pomidorach (o wykorzystaniu puszek pisałam tutaj). Pomalowałam je na biało, zabezpieczyłam papierową taśmą wewnętrzną krawędź (która nie jest zbyt ostra, ale na upartego można się skaleczyć). W sklepie zaś zamówiłam podkładki (dla odmiany) w kształecie serc i gwiazdek, a także drewniane kubki i bransoletki. 
Jedna z rekordzistek, jesli chodzi o ilość prac :)
Puszeczki. Widać taśmę zabezpieczjącą, którą później usuwałam.
Moja druga faworytka - zdolna osóbka!

Kolejne warsztaty poszły lepiej, bo Renia postanowiłą te dzieci, które nie były zainteresowane, zabrać na inne zajęcia i zostały tyklo te, które rzeczywiście chciały (część osób była z zeszłego tygodnia, a część całkiem nowych). Mogłam (prawie) do każdego podejść (15 osób to też niemało jak na takie zajęcia), pomóc, podpowiedzieć. A, i tym razem wzięłam ze sobą suszarkę, która czasem okazuje się niezastąpiona (zwłaszcza, jak jest się dzieckiem i chce się polakierować dzieło JUŻ, NATYCHMIAST, chociaż klej jeszcze nie wysechł...:)
Nie musze mówić, jak po skończonych warsztatach wyglądała sala... Dobrze, że na stołach była cerata :) I że była Pani Ela, która sprawiła, że po pobojowisku nie pozostał ślad :)

Reasumując, jestem z tego eksperymentu zadowolona. Wiadomo, że warsztaty obejmowały "podstawy podstaw", ilość uczestników i ich wiek nie pozwalałay na nic więcej. Ale i tak, biorąc pod uwagę czarne scenariusz, jakie tworzyła moja wyobraźnia "przed", to jestem szczęśliwa : 
-dzieciaki poznały coś nowego
-zainteresowały się, czego dowodem były "pytania z sali",
-wykryłam kilka talentów -chwaliłam, chwaliłam!
-zdobyłam nowe doświadczenie
No i niektóre prace były naprawdę (jak na dzieci w tym wieku) niczego sobie...:)

 









A - i najważniejsze - dostałam propozycję poprowadzenie kolejnych warsztatów, tym razem dla dorosłych, na zapisy - w październiku.

Dziękuję Renacie, Ani, Agnieszce i pozostałym pracownikom Klubu za pomoc w zorganizowaniu i poprowadzeniu warsztatów.

I jeszcze trochę prac:





Podkładka postmodernistyczna :)


środa, 21 sierpnia 2013

Transferowo, lawendowo...


Temat transferu, (czyli przenoszenia wydruku na powierzchnię np. drewnianą) intrygował mnie od dawna. Przeglądając internet natknęłam się na wiele metod i materiałów, począwszy od kleju wikol, poprzez rozpuszczalnik nitro, zmywacz do paznokci, na specjalnych gotowych środkach kończąc. Każda z tych metod ma swoje minusy: a to długi czas oczekiwania na efekt, a to straszny smród, a nawet szkodliwość dla zdrowia. (U jednej z blogerek, namiętnych transferowiczek, lekarz wykrył aceton w moczu. Nie muszę dodawać, że używała ona właśnie tej substancji do swoich poczynań) :) 

Ale zostawmy na razie te mrożące krew w żyłach historie...

Postanowiłam w końcu i ja zrobić "mój pierwszy transfer"... Przypasowała mi wizualnie do tego stojąca półeczka-przybornik, którą zakupiłam w Empiku. Mimo, że to chińszczyzna, urzekł mnie jej kształt i promocyjna cena, no i bach...skusiłam się. 

Jak to zwykle u mnie, na początku była wizja, czyli widzę: biel+postarzenia+napis+elementy lawendy... 

Lawendę i wszystko, co z nią związane (kolor, zapach, wdzięczny kształt) miłuję od dawna. Nawet kiedyś uprawiałam ją na kawałku rabatki i robiłam pachnące woreczki do szafy. Choć minęło 7 lat, ciagle toto pachnie! Serio.

Dlatego co jakiś czas obiecuję wykonać coś "w ten lawendowy deseń", choć może i on jest oklepany...Trudno.

Zatem, jak to było dalej z przyborniczkiem?

1. Pomalowałam TYLKO krawędzie ciemnoszarą farbą. 
2. To, co pozostało, (czyli całość oprócz tych krawędzi) farbą jasnoszarą.
3. Posmarowałam te ciemniejsze krawędzie kawałkiem świeczki.
4. Następnie całość pokryłam białą farbą akrylową.
5. Po wyschnięciu, pocierając papierem ściernym tu i ówdzie (głównie miejsca wcześniej pociągnięte świeczką) uzyskałam efekt podniszczenia, obdrapania, fachowo zwany "shabby chic".
6. Wycięłam z serwetki i przykleiłam elementy lawendowowe.

A transfer zostawiłam na koniec...I w tym miejscu należy się wielki i szacowny ukłon w stronę Iszart z blogu deco-szuflada.blogspot.com, która robi świetne grafiki i w dodatku każdy, kto chce, może z nich za friko skorzystać! Co niniejszym uczyniłam na tej pracy.

Cud-malina dziewczyna ta Iszart! :)

Mało tego, dzięki niej dowiedziałam się o istnieniu środka CarPlan, który świetnie nadaje się do przenoszenia grafiki nie tylko na drewno, ale i na inne powierzchnie, np. materiał. 

Grafikę przeniosłam właśnie przy pomocy tego środka.

W skrócie robi się to tak: 
-przykładamy wydruk z drukarki laserowej zadrukowaną stroną do powierzchni (w przypadku pisma musi być w odbiciu lustrzanym),
-nasączamy wydruk preparatem CarPlan (np. przy pomocy wacika, na który psikamy środek),
-dociskamy przy pomocy łyżeczki.

Po szczegóły tej metody odsyłam do blogu Iszart, która pięknie wszystko opisała krok po kroku i zilustrowała zdjęciami.

Muszę przyznać, że wydruk przenosi się elegancko, choć za pierwszym razem dobrze jest trochę poćwiczyć na jakiejś neutralnej powierzni, żeby wyczuć, ile psikać CarPlanu, jak mocno dociskać, itp. Mnie się napis "de Lavande" trochę rozciapał, ale to tylko dodaje uroku (w końcu to shabby chic!)

Na koniec jeszcze trochę lakieru bezbarwnego i przybornik powędruje do Mamy...




Ponieważ w promocyjnym komplecie razem z przybornikiem nabyłam mimi-półeczkę z dwoma wieszaczkami, postanowiłam przyozdobić ja w podobnym stylu, tyle że bez grafiki. Ta półunia ;) również wyląduje w kuchni u mojej Mamy, na ścianie nad przybornikiem. Chyba.







A na zakończenie Kosz Pełen Lawendy... Obrazek (dekupaż na płycie MDF) miał posłużyć jako ćwiczenie efektu spękań, ale niestety - spękania już kolejny raz mi nie wyszły (no, może pod lupą są widoczne). 

Nie będę się zatem rozpisywać na temat tego obrazka... Po prostu jest... Niedokończony. Czeka na jeszcze jakieś podrasowanie, na pomysł... A może zostanie w tej postaci? Poczekamy, zobaczymy...



Pozdrawiam wszystkich fanów lawendy, i nie tylko!