Translate

poniedziałek, 25 lipca 2016

Tym razem konie...

Witajcie po latach świetlnych...
Serio głupio aż mi się zrobiło, jak zobaczyłam datę ostatniego wpisu :)

Tak się składa, że jestem na wakacjach w miejscu, do którego jeżdżę co roku, i przypomniały mi się pudełka, które wykonałam akurat będąc tu 4 lata temu...

A że aktualnie nie posiadam odpowiednich zdjęć ostatnich rzeczy, które zrobiłam (zwyczajnie nie miałam weny, ani gdzie ich ustawić do sfotografowania w taki sposób, aby wydobyć ich cały urok ;), wrzucam te akurat koniki... Mam niejasne wrażenie, że już kiedyś o nich pisałam, ale jeśli nawet, to kto to pamięta...

A że wakacje to taki czas, że nawet zatwardziałe mieszczuchy pewnie choć raz przewiozą dupkę na jakimś nadmorskim kucu, tym bardziej nie waham się użyć tych zdjęć ;)

Jedno z pudełek powstało dla mojej chrześnicy Julki, drugie dla mojej chrześnicy Sary.

Pierwsza nadal jest zapaloną i aktywną "koniarą", drugiej już przeszło...

Z ciekawostek: po raz pierwszy zastosowałam tutaj kredki akwarelowe (tło pędzących koni na pierwszym pudełku).
Generalnie dość długo zeszło mi na tych szkatułkach, być może są trochę "przemęczone" (te złote reliefy, po co, ach po co?...), teraz bym już zupełnie inaczej temat ugryzła... Ale takie spojrzenie z perspektywy też dobrze robi.

Cieszę się, że udało misię napisać i dać znaka, że jeszcze żyję blogowo :)

Uściski z nad Jeziora Wieleńskiego!

Pudełko dla Julki:






I zachowało się tylko jedno zdjęcie pudełka dla Sary. Nie wiem, czemu, trochę szkoda.


poniedziałek, 28 marca 2016

Kanka na mleko w wiosennym klimacie

Witajcie w ten wielkanocny wieczór :),

Długo szukałam pomysłu na tą kankę. Wiedziałam, że chcę ją przerobić na sielsko-wiejsko, i że raczej na pewno będa to krowy.
Kanka jest stara, u mnie już ze 20 lat, a wcześniej, któż to wie? Dostałam ją w prezencie od mojego ówczesnego wielbiciela w prezencie urodzinowym (miałam wtedy niezłego kręćka na punkcie krów) i służyła mi dzielnie jako wazon, albo nawet po prostu jako ozdoba.

Tak wyglądała:


Aż końcu jednak znudziła mi sie jej aluminiowość i tak to się właśnie skończyło :)
Najpierw pomalowałam ją kilkoma warstwami Flugger Interior Fix, użyłam 2 różnych serwetek i 3 kolorów farby. Wykończona jest matowym lakierem Autentico.

KankaPosiada oczywiście pewne niedoróbki (pozostawione na pózniej :), ale chyba już ich nie poprawię-taka pozostanie trochę niedoskonała, bardziej dzięki temu naturalna...


Dopiero patrząc na zdjęcia pomyślałam, że w ogóle nie pomalowałam metalowej części rączki, i zastanawiam się, czy tego nie zmienić-jak myślicie? Może taka pozostać?
Pokrywka, ponieważ jest wgnieciona, chyba nie doczeka się metamorfozy...


wtorek, 23 lutego 2016

Nowe życie puszki-druga odsłona :) a wcześniej rozważania...

Witajcie!

Źle mi z tym, że tak mało czasu mam na mojego bloga, a wiem jak ważne jest, żeby pisać regularnie. Może być krótko, nie musi być o nie wiadomo czym, o nie wiadomo jakich dziełach... Sama wolę zaglądać na blogi, gdzie "się dzieje", jest jakaś pulsacja myśli, emocji, codzienności nawet...

Takie pisanie jest też ważne dla samego autora, ma moc porządkującą, oczyszczającą (tak tak!), kształtują się i ćwiczą zdolności formułowania myśli, zamieniania ich w słowa...
Podczas pisania coś się wyjaśnia, rozjaśnia, coś poluzowuje, ulatuje. Ale też i "wlatuje": spokój? relaks? poczucie, że się podzieliło z kimś?

Może to takie oczywiste i banalne, ale pisanie (czegokolwiek: bloga, sekretnego dziennika, listów, wierszy, opowiadań) to też gimnastyka nie tylko dla mózgu, ale i dla duszy. A żeby jakakolwiek gimnastyka przyniosła efekty, musi być regularna (kolejny banał :)



Nie będę w tym miejscu składać obietnic częstszego pisania, bo wiele już obietnic złożyłam na tym blogu,
i co? :) Uświadomiłam sobie, że mój problem polega też na tym, że napisanie posta to dla mnie wielkie przedsięwzięcie: trzeba usiąść do kompa, (wcześniej znaleźć chwilę spokoju i skupienia), zrzucić zdjęcia (wcześniej je zrobić :), itepe, itede....
W moim ostatnio mocno zabieganym życiu misja niemalże impossible... A przecież to wcale nie musi tak wyglądać... Plan na dziś: zaprzyjaźnić się ze smartfonem w kwestii pisania na nim: w autobusie,
w poczekalni, w każdej "wolnej chwilce". Nawet zapisywać luźne myśli, zdania, spostrzeżenia...

Dobra, ale miało być o puszkach :)

W jednym z pierwszych moich postów opisywałam metamorfozę  puszki klik
Od tamtej pory co jakiś czas sięgam po to tworzywo recyklingowe, zwłaszcza podczas pracy z dziećmi. Puszki mają ten minus, że trzeba je zebrać (miejsce!), umyć, usunąć etykietkę. Poza tym same plusy. Dobrze się je dekupażuje, maluje, może potem pełnić wiele funkcji. Poza tym, jeśli chcemy przeprowadzić fajne zajęcia dla około 30 dzieci,
a funduszy mało, to wystarczy, ze każde dziecko przyniesie puszkę po groszku lub fasolce...

Poniżej kilka puszkowych realizacji moich i "moich" dzieci, może się zainspirujecie :)
Pozdrawiam!

Puszki obłożone masą szpachlową i pokryte malutkimi muszelkami przywiezionymi z Grecji :)


 "Gładkie" puszki po kawie...


 

Puszka z drobiem


Pucha po kawie Riccore

Obklejone materiałem: stara podkolanówka, satynowa tkanina, tasiemka:

 
 

Jesienne. Z resztek serwetek, z fakturką, złoceniem. Fakturka jest chyba z resztek masy szpachlowej.







W sweterkowym wdzianku. Pod sweterkiem jest biały karton, przyklejony na puszkę.

 
 

 

 I kilka puszek ozdobionych przez dzieci na zajęciach w MDK Fabryczna:


 




piątek, 18 grudnia 2015

Szyszkowy wianek

Zauważyłam, że wianki są w modzie już któryś sezon i uświadomiłam sobie, że dawno nie robiłam... Ostatnio na majówce w trzebnickich sadach, ze stokrotek :)

A że jak wiadomo, u mnie wszystko musi znaleźć swoje miejsce we właściwym czasie, tak zadziało się z szyszkami od koleżanki z pracy, Joanny S. Na początku roku szkolnego ogłosiłam, że na potrzeby zajęć plastycznych zbieram to i owo, pracownicy zaczęli znosić słoiki, puszki, opakowania od jajek, pudełka po kremach, butelki i różne inne dziwne różności...

Asia przyniosła worek szyszek, własnoręcznie nazbieranych...

Szyszki leżały w pracowni, aż przyszła do mnie wizja WIANKA...
I zrealizowałam ją :) Wianek jest niemalże 100 procentowo ekologiczno-recyklingowy.

Najpierw ukręciłam ze starych gazetek marketowych i taśmy klejącej coś w rodzaju koła, następnie próbowałam udoskonalić kształt owijając "koło" pociętą na paski starą koszulką Wojtusia. Posiłkowałam się tu i ówdzie klejem Magic.
Gdy było już w miarę OK(rągłe), zaczęłam (od wewnątrz) przyklejanie szyszek , które trwało 2 dni, gdyż nie chciało mi się iść do schowka po klej na gorąco i dzielnie i uparcie używałam Magica...

Miało to takie minusy, że nie mogłam szyszek upychać "na chama" i wianek gdzieniegdzie posiadał dziury (było widać koszulkę), co wyszło koniec końców na dobre... Niedzielna wyprawa do parku była pod znakiem zbierania materiałów naturalnych, którymi można by uzupełnić luki między szyszkami. No i chciałam mieć tam w tym wianku "coś czerwonego", co by ożywiło nazbyt ekologiczny jego charakter...

I napatoczyły się małe szyszeczki cisowe... I na krzaczku kolczastym kuleczki, a raczej owale czerwone...
Zebrałam też mogące się przydać "na zaś" łupinki od orzechów bukowych, wyglądające jak kielichy kwiatów na patyczku...

Szyszeczki małe poupychałam w dziury, nawet bez kleju. A kulki (owale) też bez kleju, w celu obserwacji, czy się aby nie pomarszczą...

Wstążkę czerwoną znalazłam w pudełku ze wstążkami, koronkami, sznurkami...
Zatem w pierwotnej wersji wianek wyglądał tak:

Wianek leżakował na komodzie, rzeczywiście czerwone elementy uległy pomarszczeniu... W międzyczasie zebrałam jeszcze owoce dzikiej róży z krzaka, ale bałam się, że mogą podzielić los poprzedniczek...
Hmm, zanosiło się na to, że nie obędzie się bez sztuczności... I tu w sukurs przyszła wizyta w hurtowni artukułów dekoracyjnych, gdzie udałam się za kulami styropianowymi.

Trafiłam na plastikowe i pięknie błyszczące jarzębinki na drucikach. I to one są jedynym elementem hańbiącym recyklingowość i ekologiczność mojego wianka...

Tak wygląda w fazie przedkońcowej:

A na koniec natrafiłam na super eko gwiazdkę wykonaną w zeszłym roku z kartonu po mleku i zdekupażowaną i porzuconą... Walała się bida, bez zawieszki, bez przeznaczenia...
Czekała na swój czas :)


A tu w szerszym kontekście mojej kuchni, choinka z gliny autorstwa mojego dziecka.


I bez lampy, ale za to gwiazdka przysłonięta kokardą (skróciłam ją później).


I jeszcze jedno:

Wianek wisi w kuchni, nie wiem, czy Wam się podoba, ale mi tak, cieszy mnie. Lubię na niego patrzeć.
Te szyszki pięknie pachną...Czerwień dodaje energii.

Nie wiem, czy się szybko znów spotkamy tu na blogu, zatem życzę Wam cudnych Świąt Bożego Narodzenia i Wszystkiego Twórczego na Nowy Rok!!

wtorek, 13 października 2015

Szybka metamorfoza kosza na pranie

Witajcie... Może w tym przypadku "metamorfoza" to zbyt wiele powiedziane, bardziej by pasowało słowo "tuning", zresztą: czy to ważne? W końcu to tylko słowa...

Muszę przyznać, że dalej odgrzewam stare robótki; ta pochodzi z okresu przedurlopowego, ale z czasu gdy "wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni", i upał był wielki... I okrąg pokoju po niebiosa serwetkami zasłany... Bo tak czasem mam: jak jestem sama w domu, to tak zachłannie się na to rzucam, że robię wszystko na raz: sprzątam, wyrzucam, porządkuję serwetki, tu coś zmaluję, tu zdekupażuję, powrócę do zapomnianych prac. Albo nagle olśni mnie coś, jakiś sprzęt domowy do mnie przemówi: zrób coś, zmień mnie! A dom przy tym wygląda...wiecie jak... ;)

Ten kosz na pranie wołał do mnie już od dawna, ale jakoś nie było czasu, pomysłu...
Aż w końcu nadszedł ten przebłysk :)

Z wrażenia nie zrobiłam zdjęcia "przed", dość powiedzieć, że kosz miał taką naklejkę z napisem "curver".
Wpierw, w porywie twórczo-niszczycielskiego szału chciałam ją odkleić, ale ponieważ zakrywała otworki
w koszu (na które ciężko byłoby przykleić wybraną spośród milionów serwetkę), oszczędziłam jej żywota :)

Założenie miało być takie: szybko, bez zbytniego pieszczenia się, żeby pasowało do łazienki.
Przyklejenie serwetki, może 2 warstwy lakieru, trochę pasty patynującej.
Wyznawcy decoupage pewnie się oburzą i nie nazwą tego decoupage, ale znów: słowa, słowa, slowa :)

P.S.
Przepraszam, że nie umieszczam zdjęcia "w kontekście", czyli w łazience. Jest zbyt mała, żeby zrobić zdjęcie :)