Translate

sobota, 14 września 2013

Warsztaty z decoupage, Wrocławski Klub Formaty


Robię, robię, zarobiona jestem - nie mam kiedy popstrykać zdjęć, tym bardziej że pogoda temu nie sprzyja...
Opowiem więc dziś dla odmiany o warszatach z decoupage, jakie poprowadziłąm w sierpniu (20 i 27) dla dzieci we Wrocławskim Klubie "Formaty". Propozycja wyszła od Reni, która tam pracuje i pomyślała, że fajnie by urozmaicić czymś nowym półkolonie, które aktualnie się tam odbywały. 

Trochę bałam się tego wyzwania, bo w końcu to dzieci, i w ogóle... Bałam się "trochę" do momentu, aż Renia poinformowała mnie, że dzieci będzie...30 :) sztuk, w wieku głównie 7-9 lat...
Od tego momentu nie bałam się już "trochę", ale zaczęłam dygać, peniać i jak to się tam jeszcze nazywa... Kurna, jak to zrobić, jak to ogarnąć, przecież decu to raczej kameralne coś... Skąd wziąć tyle pędzli, nożyczek, ile serwetek zakupić?! 

Czy ja w ogóle zdołam się przez taki tłum przebić z powiedzeniem czegokolwiek?
Czy mnie nie wyśmieją? Nie obrzucają czymś (np. tymi drewnianymi podkładkami)?
Już samo słowo "deKUPAż" może u dzieci wzbudzić błyskawicze skojarzenia i wywołać lawinę głupich śmichów ;)

No, miałam chęć się wycofać. Ale tylko przez chwilkę. Do peniaczy to ja nie należę! 

Trochę dodała mi otuchy Renia obiecując swoją i koleżanki Ani pomoc w łagodzeniu nastrojów, tudzież tłumieniu buntu i ewentualnej pacyfikacji tłumu. 

Po kilku nieprzespanych nocach spędzonych na obmyślaniu strategii, obliczaniu, zamawianiu materiałów (Klub "Formaty" pokrył koszty), malowaniu na biało drewnianych podkładek, bransoletek i świeczników, rozcinaniu na 4 serwetek i grupowaniu ich w zestawy, pakowaniu i mówienia sobie "będzie dobrze, dasz radę", NADSZEDŁ TEN DZIEŃ:) 

Po dotarciu na miejsce okazało się, że cała imprezka odbędzie się w sali widowiskowej :) - w innych pomieszczeniach byłoby za ciasno. Zaczęliśmy ( z Renią, Pawłem i Andrzejkiem)  od ustawienia połączonych stołów w 4 "stanowiska" - przy każdym miało usiąść około 6 osób. Na przeciwko tych rzędów był "Stolik pani prowadzącej", na którym ustawiłam moje wytwory w celu pokazania, o co w ogóle chodzi. 

Renia załatwiła pędzle, słoiki na wodę i kilka dodatkowych par nożyczek z pracowni plastycznej. Na każdym stole było więc po trochu tych dóbr, ale nie tak, żeby starczyło dla każdego dziecka, oj nie! Zapowiedziałm im od razu, że będą musiały współpracować.

Na każdym ze stołów wyłożyłam pomalowane na biało drewniane zakładki do książek i podkładki pod kubek (w różnych kształtach), oraz pędzle, serwetki i klej w kubeczkach po Danio, lakier w słoikach. Na moim stoliczku zaś stały inne przedmioty do ozdobienia (świeczniki, pudełka, bransoletki. Z zamysłem, że może ktoś, komu dobrze pójdzie podkładka, spróbuje ozdobić coś trudniejszego. A w ogóle to tych materiałów miało starczyć na 2 warsztaty. Taaa, yhy...;) Ale, ale, nie wybiegajmy aż tak w przyszłość...

Wybiła godzina "0", przeżegnałam się, pociągnęłam łyk wody z butelki, i oto dzieciaki wsypałay się do sali. Trochę zeszło, zanim zajęły miejsca i uciszyły się na tyle, żebym mogła zabrać głos. 
I o dziwo: 
- pozwoliły mi się wypowiedzieć
- słuchały nawet z zainteresowaniem
- ochoczo zabrały się do pracy, w trakcie której nie dźgały się nożyczkami, nie oblewały klejem, nie łamały zakładek :) 
Moje czarne wizje nie sprawdziły się, byłam pozytywnie zaskoczona. Oczywiście ciężko było do każdego podejść, każdemu pomóc i podpowiedzieć. Nieoceniona okazała się obecność dziewczyn, które po załapaniu, o co chodzi, pomagały dzieciakom. Miały ze sobą gwizdek, co też było przydatne, gdy hałas robił się zbyt wielki :).
Pani prowadząca i zasłuchany tłum :)

Mój faworyt - zaangażowanie, dokładność - jak się wczuwał!
Pracownicy pomagali :) Pani Agnieszka.

Okazało się, że niektórzy zapomnieli (albo nie usłyszeli), że przyklejamy tylko jedną warstwę serwetki, w ogóle z rodzielaniem warstw małe rączki miały najwięcej kłopotów. Niektóre dzieci wczuły się w temat i próbowały jakoś zakomponować pracę, niektóre tylko przyklejały, aby przykleić i wziąć następną podkładkę, czy o zgrozo - szkatułkę :). 

Wydaje mi się, że każdy zrobił choć jedną rzecz (choć niektórzy (głównie chlopcy) narzekali, że to nuda i głupie) :)
Rekordziści wykonali aż 4 prace, którymi mieli obdarować mamy, ojców, babcie...
Pomagam rozdzielać warstwy :)
Praca wre

Miłym akcentem było przyjście pracowników Klubu Formaty, którzy zwabieni nieznanym tematem postanowili spróbować swoich sił i zrobili całkiem fajne rzeczy!



Następne warszaty miały odbyć się za tydzień, a ponieważ nie zostało już NIC do ozdabiania, musiałam zamówić kolejne rzeczy. Niestety w sklepie, w którym wcześniej robiłam zakupy, skończyła się promocja na zakładki i podkładki, musiałam coś wykombinować i postanowiłam wykorzystać skrzętnie zbierane przeze mnie puszki po groszku, kukurydzy i pomidorach (o wykorzystaniu puszek pisałam tutaj). Pomalowałam je na biało, zabezpieczyłam papierową taśmą wewnętrzną krawędź (która nie jest zbyt ostra, ale na upartego można się skaleczyć). W sklepie zaś zamówiłam podkładki (dla odmiany) w kształecie serc i gwiazdek, a także drewniane kubki i bransoletki. 
Jedna z rekordzistek, jesli chodzi o ilość prac :)
Puszeczki. Widać taśmę zabezpieczjącą, którą później usuwałam.
Moja druga faworytka - zdolna osóbka!

Kolejne warsztaty poszły lepiej, bo Renia postanowiłą te dzieci, które nie były zainteresowane, zabrać na inne zajęcia i zostały tyklo te, które rzeczywiście chciały (część osób była z zeszłego tygodnia, a część całkiem nowych). Mogłam (prawie) do każdego podejść (15 osób to też niemało jak na takie zajęcia), pomóc, podpowiedzieć. A, i tym razem wzięłam ze sobą suszarkę, która czasem okazuje się niezastąpiona (zwłaszcza, jak jest się dzieckiem i chce się polakierować dzieło JUŻ, NATYCHMIAST, chociaż klej jeszcze nie wysechł...:)
Nie musze mówić, jak po skończonych warsztatach wyglądała sala... Dobrze, że na stołach była cerata :) I że była Pani Ela, która sprawiła, że po pobojowisku nie pozostał ślad :)

Reasumując, jestem z tego eksperymentu zadowolona. Wiadomo, że warsztaty obejmowały "podstawy podstaw", ilość uczestników i ich wiek nie pozwalałay na nic więcej. Ale i tak, biorąc pod uwagę czarne scenariusz, jakie tworzyła moja wyobraźnia "przed", to jestem szczęśliwa : 
-dzieciaki poznały coś nowego
-zainteresowały się, czego dowodem były "pytania z sali",
-wykryłam kilka talentów -chwaliłam, chwaliłam!
-zdobyłam nowe doświadczenie
No i niektóre prace były naprawdę (jak na dzieci w tym wieku) niczego sobie...:)

 









A - i najważniejsze - dostałam propozycję poprowadzenie kolejnych warsztatów, tym razem dla dorosłych, na zapisy - w październiku.

Dziękuję Renacie, Ani, Agnieszce i pozostałym pracownikom Klubu za pomoc w zorganizowaniu i poprowadzeniu warsztatów.

I jeszcze trochę prac:





Podkładka postmodernistyczna :)


środa, 21 sierpnia 2013

Transferowo, lawendowo...


Temat transferu, (czyli przenoszenia wydruku na powierzchnię np. drewnianą) intrygował mnie od dawna. Przeglądając internet natknęłam się na wiele metod i materiałów, począwszy od kleju wikol, poprzez rozpuszczalnik nitro, zmywacz do paznokci, na specjalnych gotowych środkach kończąc. Każda z tych metod ma swoje minusy: a to długi czas oczekiwania na efekt, a to straszny smród, a nawet szkodliwość dla zdrowia. (U jednej z blogerek, namiętnych transferowiczek, lekarz wykrył aceton w moczu. Nie muszę dodawać, że używała ona właśnie tej substancji do swoich poczynań) :) 

Ale zostawmy na razie te mrożące krew w żyłach historie...

Postanowiłam w końcu i ja zrobić "mój pierwszy transfer"... Przypasowała mi wizualnie do tego stojąca półeczka-przybornik, którą zakupiłam w Empiku. Mimo, że to chińszczyzna, urzekł mnie jej kształt i promocyjna cena, no i bach...skusiłam się. 

Jak to zwykle u mnie, na początku była wizja, czyli widzę: biel+postarzenia+napis+elementy lawendy... 

Lawendę i wszystko, co z nią związane (kolor, zapach, wdzięczny kształt) miłuję od dawna. Nawet kiedyś uprawiałam ją na kawałku rabatki i robiłam pachnące woreczki do szafy. Choć minęło 7 lat, ciagle toto pachnie! Serio.

Dlatego co jakiś czas obiecuję wykonać coś "w ten lawendowy deseń", choć może i on jest oklepany...Trudno.

Zatem, jak to było dalej z przyborniczkiem?

1. Pomalowałam TYLKO krawędzie ciemnoszarą farbą. 
2. To, co pozostało, (czyli całość oprócz tych krawędzi) farbą jasnoszarą.
3. Posmarowałam te ciemniejsze krawędzie kawałkiem świeczki.
4. Następnie całość pokryłam białą farbą akrylową.
5. Po wyschnięciu, pocierając papierem ściernym tu i ówdzie (głównie miejsca wcześniej pociągnięte świeczką) uzyskałam efekt podniszczenia, obdrapania, fachowo zwany "shabby chic".
6. Wycięłam z serwetki i przykleiłam elementy lawendowowe.

A transfer zostawiłam na koniec...I w tym miejscu należy się wielki i szacowny ukłon w stronę Iszart z blogu deco-szuflada.blogspot.com, która robi świetne grafiki i w dodatku każdy, kto chce, może z nich za friko skorzystać! Co niniejszym uczyniłam na tej pracy.

Cud-malina dziewczyna ta Iszart! :)

Mało tego, dzięki niej dowiedziałam się o istnieniu środka CarPlan, który świetnie nadaje się do przenoszenia grafiki nie tylko na drewno, ale i na inne powierzchnie, np. materiał. 

Grafikę przeniosłam właśnie przy pomocy tego środka.

W skrócie robi się to tak: 
-przykładamy wydruk z drukarki laserowej zadrukowaną stroną do powierzchni (w przypadku pisma musi być w odbiciu lustrzanym),
-nasączamy wydruk preparatem CarPlan (np. przy pomocy wacika, na który psikamy środek),
-dociskamy przy pomocy łyżeczki.

Po szczegóły tej metody odsyłam do blogu Iszart, która pięknie wszystko opisała krok po kroku i zilustrowała zdjęciami.

Muszę przyznać, że wydruk przenosi się elegancko, choć za pierwszym razem dobrze jest trochę poćwiczyć na jakiejś neutralnej powierzni, żeby wyczuć, ile psikać CarPlanu, jak mocno dociskać, itp. Mnie się napis "de Lavande" trochę rozciapał, ale to tylko dodaje uroku (w końcu to shabby chic!)

Na koniec jeszcze trochę lakieru bezbarwnego i przybornik powędruje do Mamy...




Ponieważ w promocyjnym komplecie razem z przybornikiem nabyłam mimi-półeczkę z dwoma wieszaczkami, postanowiłam przyozdobić ja w podobnym stylu, tyle że bez grafiki. Ta półunia ;) również wyląduje w kuchni u mojej Mamy, na ścianie nad przybornikiem. Chyba.







A na zakończenie Kosz Pełen Lawendy... Obrazek (dekupaż na płycie MDF) miał posłużyć jako ćwiczenie efektu spękań, ale niestety - spękania już kolejny raz mi nie wyszły (no, może pod lupą są widoczne). 

Nie będę się zatem rozpisywać na temat tego obrazka... Po prostu jest... Niedokończony. Czeka na jeszcze jakieś podrasowanie, na pomysł... A może zostanie w tej postaci? Poczekamy, zobaczymy...



Pozdrawiam wszystkich fanów lawendy, i nie tylko! 








czwartek, 8 sierpnia 2013

Drób na desce cz. 1


Nocny powrót z bezinternetowych wakacji, ból głowy spowodowany zetknięciem z wielkim miastem, ale nie ma, że boli! Oto jestem i zapodam dziś  temacik, co już od dawna czeka na swoją kolejkę...

Zasadniczo drobiu nie jadam, wolę go biegającego, a jakiś czas temu zupełnie z nienacka stał się on motywem przewodnim ciagu moich wytworów, których drugą cechą wspólną są deski, deseczki... I tak zaczęło się od  DESKI DLA ROMANÓW

Czy sprawił to SMS otrzymany od nich: "Pozdrowienia z wioski...", choć Jedlina Zdrój to niewątpliwie miasto (nooo, miasteczko :)... 

A teraz będzie nieoczekiwany zwrot akcji. Nie mogę w tym momencie dalej pisać o tej desce, gdyż niestety z braku czasu przed wyjazdem nie zrobiłam jej zdjęcia. Poprosiłam, by uczynił to odbarowany nią Roman, i tak czekam na fotki, czekam od... maja. Postanawiłam więc podzielić drobiowy temat na dwie części i tak oto przeskoczę do pisania o innej desce i o innym kogucie... Bo ten motyw tak mi się spodobał, że zaczęłam maniakalnie wyszukiwać w sklepach serwetki kogutowe, kurze, kacze, (bycze) i indycze :))...I tak w maju i czerwcu poczyniłam łącznie 4 drobiowe rzeczy. Dziś napiszę o dwóch. A na tego Romanowego koguta przyjdzie czas, jak doczekam się zdjęć...:)

Z ostatniej przeprowadzki ocalały dwie deski do krojenia (pamiętające czasy mojego domu rodzinnego). Były stare, niejeden posiłek na nich przygotowano, noszą ślady noża, mycia, suszenia... Skoro jest trend celowego postarzania i nadgryzania przedmiotów zębem czasu, to tu oto mam gotowce! Więc nic nie szlifowałam, wyszorowałam tylko i pomaziałam trochę jasną farbą i suchym pędzlem (coby obrazek za mocno nie zlał się z drewnem), wydarłam kogutka z częścią tła i przykleiłam. Na to jedna warstwa lakieru. No, może dwie...

Hmm, już samo to wyglądało fajnie, ale czegoś brakowało. Uwiązałam więc na górze tasiemkę z "Worka od Mamy, w Którym Koronki i Tasiemki mamy". Ale nadal czegoś brakowało... Powiesiłam mimo to deskę na gwoździu w kuchni z nadzieją, że przechodzenie mimo, okiem rzucanie, pod różnymi kątami patrzenie natchnie mnie w końcu na jeszcze jakiś dodatek. I tak się stało! Jestem fanką powiedzonka "mówisz i masz" i stosuję je w życiu. Po kilku dniach nagle i niespodziwanie mój mózg wyprodukował wizję czterolistnej koniczynki, którą 3 lata temu znalazłam na tarasie mojego brochowskiego mieszkania, i którą zasuszyłam w którejś z książek! Ba, ale w której?? Chwila paniki, a później skupienia i bach - kolejna wizja! Słoneczny dzień i ja wkładająca zerwane czterolistne koniczynki (sztuk 2!!) do grubego tomu "Wiersze zebrane, 1" Anatola Sterna. Ach, niespodziewane właściwości ludzkiego mózgu! Ach, chwała futurystom! Rzuciłam się do półki i tak, tak! Koniczynki w książce były, ususzone na pieprz, razem z wierszem pt. "Kraj dzieciństwa"... Przeczytałam oczywiście wiersz, wzruszyłam się...

"Ach, wtargnąć raz już skokiem szaleńczym w nieznane,
gdzie się cały sens życia w jednym błysku streści!...
Wedrzeć się w tajemncę tajfunem, orkanem - 
i wypić słodycz do dna, i przepaść bez wieści!!"

Ale, ale, bo trzeba teraz od Badgadu czasów dziecinnych Sterna powrócić do polskiego kogutka i koniczynki swojskiej...:)
Zatem tak wspaniale odnaleziona koniczynka została przyklejona klejem do decoupage na dole pod kogutkiem. I też polakierowana. I to już jest całość. Już mi nic nie brakuje...

W takim świetle
I troszkę inaczej oświetlone
Widać rysy i cięcia noży...

Kogutek strzeże przed pożarem (patrz wiersz poniżej) a może i przed innymi nieszczęściami, koniczynka przynosi szczęście, wysłużona deska do krojenia wiedzie drugi żywot i wszyscy są zadowoleni. A na deser tego wątku przytoczę w całości zabawny wiersz znaleziony w rzeczonym tomiszczu futurysty Anatola Sterna:

Pożar w miasteczku

Kogut - to jedyna ogniowa straż miasteczka!
Zbryzgany pierwszymi świtu kroplami, drze się z pychą: Jestem!
Staruszkowie otwierają skrzypiące okiennice mieszkań
z hidalgowskim pomarszczonych dłoni gestem.

A indyczki, trzęsąc pękami zamorskich korali,
drepcą, pełne jakiegoś niewysłowionego żalu i frasunku,
I kogut, czując, ze słońce jak sto diabłów pali,
wyciąga szyję aż pod obłoki i pieje: Ratunku!!

Ale widząc, że i w sianie obłoków sine iskry tlą się,
co za chwilę złotem i czerwienią wybuchną ogromnie,
rozczapierzoną gałęzią choiny, w zwariowanym pląsie, 
pada między grządki warzyw i jęczy: Już po mnie!

To o czym teraz będzie, to w kolejności ostatnia rzecz z całej czwórcy. Miałam ci ja deseczkę z cienkiego drewienka, chyba jest to tzw. sklejka. Deseczka jest pozostałością po hiszpańskim przysmaku znalezionym pod choinką za sprawą mojej siostry Ani (pozdrówka!) Przysmak ów to bożonarodzeniowy TURRON - najprościej mówiąc mielone migdały z cukrem, żółtkiem, miodem i kandyzowanymi plasterkami pomarańczy na wierzchu, było to zapakowane na tej deseczce w folię i  kroiło się jak ciasto - przysłowiowe niebo w gębie! 


Deseczka tak mi spodobała (chciałam ją też zachować na pamiątkę), że przez jakiś czas ozdabiałą naszą kuchnię. Dopóty, dopóki nie zetknęła się z moją kolejną "wizją". Postanowiłam dorobić jej rewers ;)


I tu podpasowała mi serwetka z kurkami, kurczakami, jajkami... Serwetka zapewne o zamyśle typowo wielkanocnym, ale jak dla mnie jest ona uniwersalna. 

Wydarłam fragment serwetki. Nakleiłam. Podkolorowałam kwiatki na czerwono i niebiesko. Niektóre elementy na złoto. Boki pomaziałam patyną. Jedna warstwa lakieru. Czerwony sznureczek jako zawieszka... I wisi pod szafką. A jak mi się znudzi ten drób, to odwrócę sobie na drugą stronę i znów będzie hiszpański migdałowy klimacik...:)) Można nawet na upartego powiedzieć, ze na awersie deseczki jest Boże Narodzenie, a na rewersie Wielkanoc... Co kto lubi :))

I tak to...
Kurki, kurczaki, jajca, kwiatki...
Kurki HDR
Pozdrawiam Wszystkich!



piątek, 12 lipca 2013

Wakacjowo

Nic nie piszę, bo wakacje w pełni. Jezioro, las i znikomy dostęp do internetu (nawet nie wiem, czy uda mi się zamieścić tego posta ;).  Mimo, że wzięłam tutaj 2 pudła sprzętów i preparatów, jakoś nie palę się do tego typu robót.  To znaczy - może i sie nawet palę, ale oporządzenie trójki dzieciaków, plażowanie, chodzenie na rytualne lody gofry, powodują stan, w którym po położeniu całego towarzystwa spać nie pozostaje już siły na nic innego, poza wypiciem pół piwa i ewentualnie poczytanie czasopisma (kolorowego)...
A miałam ambitny plan na ozdabianie drzwi domku letniskowego, w którym przebywamy dzięki uprzejmości naszego miłego Boriego...
Ale ale, żeby ni było że tak całkiem nic a nic, to udało mi się przed dobiciem do nas trzeciego dzieciaka zacząć 2 rzeczy, które dokończę i (może) pokażę jeszcze w lipcu (jak dzieciak wyjedzie ;)). Ale, że z moich zapowiedzi mało się sprawdza, lepiej się wyluzować i nie brać tego na poważnie.

Tymczasem pozdrawiam znad pięknego jeziora Wieleńskiego i życzę wszystkim wypoczynku, oddechu i takich jak moje wakacji...:)

piątek, 28 czerwca 2013

Wazonikowy wizerunek


Pochodzenie tego wazonika nie jest do końca jasne. Dość, że wędrował ze mną przez różne moje mieszkania, być może zabrałam go nawet z rodzinnego domu... Pamięć ludzka ulotną jest, ale nie jest to pochodzenie aż takie istotne. A oto i on:



Dość, że dniami ostatnimi nadszedł czas definitywnej zmiany wazonikowego wizerunku. Myślało się, chodziły za mną różne koncepcje, aż w końcu pomysł się jako tako wyklarował. Jako tako, bo ładnych parę dni wazonik trwał w niedokończeniu, tzn. widoczne na nim kwiaty kwitły na śnieżnobiałym tle. I tak nie było źle, przeciwnie: jakoś tak klasycznie, ale jak dla mnie zbyt surowo, ascetycznie.
Ale wróćmy do początku przemian... W skrócie, bo to ciągle to samo: biała farba akrylowa - tym razem użyłam "Śnieżki" do malowania ścian. Wygładzenie. Wycięcie z serwetki kwiatków. Naklejenie na wazonik. Lakier akrylowy (jedna warstwa - coby zabezpieczyć serwetkowe kwiatki).

I tak trwały te kwiatki w tej bieli, i przechodziłam obok, i patrzyłam... Wiedziałam, że muszę dodać im COŚ. 
Na moment wyrosła między kwiatkami biało-czerwona kratka z serwetki, ale było to...nazbyt awangardowe delikatnie mówiąc...:) Została więc zamalowana Śnieżką... 

Postanowiłam postawić na tło ;). Cały czas gdzieś coś kołatał mi się po głowie pomarańcz... Już miałam brać się za mieszanie kolorów, aż przypomniał mi się ostatni zakup w sklepie na ASP - farba z przeceny Decorfin Uniwersal (3 zł za słoiczek). Akuratnie ten kolorek (Red Earth) zachwalała mi pani sprzedająca, specjalnie skądś go wygrzebawszy, że taki piękny po wyschnięciu jest... Postanowiłam zaryzykować i nie zawiodłam się! Jest soczysty, ciepły, w zależności od światła przybiera różne odcienie (w sztucznym świetle jest bardziej czerwony, w słońcu bardziej pomarańczowy). Malowanie - sama przyjemność!

Z tego też powodu zrobiłam mnóstwo zdjęć temu wazoniku ;) i trochę Was nimi  pokatuję ;) Ale co tam - tekst dziś w miarę krótki, da się chyba wytrzymać ;)

Wyłaniam się z cienia...
Na jasnym tle...
I z tej strony
I z tamtej...


Nie wiem tylko, czemu nie zrobiłam fotek faz "przejściowych"? Może podświadomie bałam się, że ktoś uzna, że w tych poprzednich szatach wazonik był ładniejszy? I będę miała dyskomfort psychiczny? Więc uwierzcie mi na słowo - był brzydszy, i basta!

A na koniec - czymże jest wazon bez kwiatów? :)))


No właśnie. Wiem, przesadzam...


Ale, ktoś mi zabroni? :) Kwiaty&Kwiaty Company...


wtorek, 18 czerwca 2013

Co było przed ślubem?


Ależ długo mnie tu nie było! Wstyd! :) Oczywiście z moich zapowiedzi nici, dużo ostatnio robiłam, ale mam jeszcze niesfotografowane... Więc skoro sezon ślubny w pełni, napiszę o gadżetach ślubnych, które tworzyłam z nożem czyli deadline'm na gardle...:)

Jak to się stało, że zostałam wmieszana w ten ślub? Robiłam już dla mojej kumpeli Anki (pieszczotliwie zwanej Stypcią), różne rzeczy z dziedziny ogólnie rzecz biorąc dekoracji domu, ostatnio poprawiam już bardzo długi czas (bo ciągle to odkładam na potem) szklaną mydelniczkę, którą pomalowałam farbą do... ceramiki. Poprawiam, gdyż farba (mimo wypalenia w piekarniku) zlazła, starła się w wyniku intensywnego używania. No, przynajmniej wiem, że mieszkańcy stypcinego domu dbają o higienę...;) 


Mydelniczka w trakcie poprawek ;)


Ale nie o mydelniczce przecież miałam pisać do jasnej Anielki, tylko o ślubie!
Najpierw Anka wmanewrowała mnie w projekt zaproszenia. Bo chciała mieć niepowtarzalne, ale dokładnie wiedziała, jaki motyw, czyli parkę pod parasolem... Podjęłam rękawicę. Wydawało mi się to taki proste, a później klęłam bazgroląc kolejne parki pod parasolami, z kwiatami lub bez, patrzących na siebie, niepatrzących na siebie, mniej lub bardziej schematyczne, z różnymi fryzurami, sukniami...Grrr... Jak to zwykle bywa, najprostsze okazało się najtrudniejsze. Aż w końcu wysłałam Stypci kilka wersji, z czego wybrała ona ostatecznie tę:

Skan zaproszenia. Widoczne zagięcia nastąpiły po wręczeniu .

Napisy, jak i całą resztę w środku zrobiła bratowa Stypci. Zaproszenie wydrukowano na złotym papierze (długo i skrzętnie wybieranym przez Stypcię)

Odbiór zaproszenia wśród gości ponoć był pozytywny, świadkowa myśłała nawet, że to projekt artysty jednej z wrocławskich galerii (ale nie pamiętam, kogo). He, he miło!

Ponieważ gadki na naszych kolejnych spotkaniach kręciły się głównie wokół tego, co jest potrzebne, żeby ślub się w ogóle odbył ;) od słowa do słowa okazało się, że Stypcia wymyśliła sobie jako tzw. "podziękowania dla rodziców" albumy na zdjęcia z sesji ślubnej. I oczywiście, że ja może bym jej zrobiła takie albumy... A, no i jeszcze księgę gości, do której będą się wpisywać uczestnicy wesela... Taki pamiętniczek... No i że przecież ja też mogę go wykonać. Kuna! Zastanawiam się, czego to jeszcze nie wymyśli przemysł ślubny, żeby zedrzeć skórę z przyszłych państwa młodych...:)

Albumy... Nabyłam w markecie 2 sztuki (przecież są 2 pary rodziców) albumów na zdjęcia wielkości 30x30 cm, takich z kartkami do wklejania i postanowiłam je przerobić po swojemu... Oczywiście konsultując pomysł z wybredną Anią... Niestety, nie zrobiłam zdjęcia albumu "przed"... Postanowiłam wykorzystać jego własciwości kolorystyczne i przerobić tylko częściowo. I tak:

-nakleiłam serwetkę z parką przy użyciu żelazka (jeśli chodzi o większe motywy, wolę wpomagać się tą metodą). 
Zakleiłam rachityczne kwiatki, które były na środku albumu.

-serwetka nie zakryła całych kwiatków, wystawały one poza motyw, więc domalowałam u góry i na dole pasy farbą Decorfin Universal Karmin (aha, miejsca, gdzie miało być naklejone i pomalowane, najpierw pokryłam białą, dosyć przyczepną farbą akrylową Maimeri. Muszę się w końcu zaopatrzyć w porządny podkład...)

-nie widać tego na zdjęciach (są one niezbyt dobre, ale nie miałam już czasu), ale tło wokół młodej parki jest takie "a la" złote. Żeby pozbyć się "ali", nabyłam złotą farbę i patyczkiem do czyszczenia uszu "pozłacałam"... I pozłacałam...I pomiędzy koronką sukni też...Eh, tzw. koronkowa robota...:))


-na grzbiecie albumu była miniaturka tych kwiatków z frontu, a z tyłu był śmieszny"pasek w paski" i napis (logo firmy, która wyprodukowała album). Te 3 elementy również potraktowałam karminową farbą.

Grzbiet

Tył
-kilkakrotnie polakierowałam i poszlifowałam serwetkę (papier ścierny 800)

-następnym etapem było przyklejanie koronki. Trochę było drżenia, czy jej wystarczy i czy się w ogóle przyklei :) na klej do decoupage firmy Renesans (ciut on śmierdoli, ale jest generalnie OK.). A, koronka pochodzi z "worka od Mamy". Uznałam, że prawdziwa koronka będzie fajnie korespondowac z koronką sukni serwetkowej panny młodej. A ten kawałek na grzbiecie i z tyłu ma delikatnie nawiązywać do całości z przodu. 

-na koniec "wykończenia" miedzianą konturówką Decorfin (mam nadzieję, że na zdjęciach widać, w których miejscach została ona użyta)

Koniec? Jaki koniec!? Wewnątrz, na "stronie tutułowej" miały znaleźć się wydrukowane podziękowania dla rodziców. Wymyśliłam, że wydrukuję na złotym papierze i wytnę w kształcie liścia. I przykleję. Na klej. 
I tu zaczęły się schody, które niemalże doprowadziły mnie do porażki! Zakończę więc temat w tym miejscu, gdyż nawet nie mam zdjęcia tego liścia... Starczy, że siedziałam nad nim do 3 w nocy i chyba wybrnęłam... z tarczą ;)

A, już wiem, że zrobienie dwóch takich samych rzeczy to dla mnie już produkcja masowa i jest to zdeka męczące... No ale cóż... Zamówienie jest, robić trzeba.

Voila!
I jeszcze...

A teraz Księga Gości... 

Ma wielkość bardziej pamiętnika, niż księgi. Pierwotnie był to taki ekskluzywny blok do malowania akwarelami, czy do szkicowania (grube kartki, fajny papier), wspólnie ze Stypcią uznałyśmy, że się nada. Pomysł "zaczytanych aniołków" Stypcia zatwierdziła na wieczorze panieńskim (nie na samym początku, oj nie :), więc później już nie miała wyjścia. Miałam wizję wstążeczki z boku zawiązanej na kokardę, i nawet kupiłam metr w kolorze bordo, ale tu spotkałam się z protestem przyszłej panny młodej... 
Wymyśliła sobie kolor, którego nie można było znaleźć w pobliskich sklepach :) Wspólnie więc doszłyśmy do innej koncepcji, która wymagała przyklejenia na grzbiet księgi kawałka materiału (akurat miałam chustę w takim kolorze pasującym, którą pocięłam. I wstążeczka też znalazła się u mnie w worku ze skarbami, tylko krótka). Materiał przykleiłam na klej do decoupage firmy Renesans. A wstążeczkę na wikol. Dziękuję mojemu Andrzejkowi za zrobienie ładnej kokardki ;) 

Aha, te aniołki to dosyć popularna serwetka do decoupage. Jeśli chodzi o pismo, na początku chciałam zrobić transfer (czyli przenieść wydruk), ale Stypcia uparła się na pismo ręczne i taki kolor... Cóż więc... Cienki pędzelek, farba akrylowa, i ścieranie błędów patyczkiem nasączonym w spirytusie, i pot na czole... Ufff... 

Księga na leżąco
I na stojąco...


Księga krążyła wśród gości weselnych, zapełniała się wpisami, wstążka nie odpadła, słyszałam słowa uznania. Więc ogólnie jest wszystko super, wszyscy zadowoleni. 
Ale ślubu to ja chyba nigdy nie wezmę...:)) Sto lat Aniu i Grześku!