Translate

piątek, 31 maja 2013

Wygrałam! :)

Muszę się pochwalić. Wzięłam po raz pierwszy udział w candy (dla niewtajemniczonych: candy to coś w rodzaju loterii, konkursu organizowanego przez autora bloga. Wygraną są rozmaite rzeczy, często wykonane własnoręcznie przez organizatora candy).
No i wygrałam!
Organizatorką candy jest Asia z blogu http://www.nostalgia-handmade.blogspot.com, a wygrałam słodką zawieszkę z misiem. Poniważ czekałam trochę na przesyłkę, Asia wspaniałomyślnie dołożyła  dodatkowego misia - kremowego, co było miłym zaskoczeniem. Bardzo dziękuję :))


Miśki podobają się mojemu dziecku, jeden z nich zawiśnie nad łóżeczkiem Wojtusia.
Przy okazji polecam bloga Asi, robi fajne, stylowe rzeczy z drewna.

środa, 29 maja 2013

Był sobie chlebak (smutny)...


W oczekiwaniu na sfotografowanie bieżących prac (oraz na dokończenie tych zaczętych, już-już prawie gotowych), opowiem dzisiaj o naszym pojemniku na chleb, zwanym popularnie chlebakiem. Czaiłam się na niego już dłuższy czas, gdyż napawał mnie smutkiem z powodu swojej zwykłości, przeźroczystości i plastikowości przede wszystkim... Jak większość rzeczy był on w tym domu przede mną ;), więc z szacunku długo te cechy chlebaka znosiłam, aż któregoś dnia, po uprzednim wyklarowaniu się WIZJI, trafił on na mój "warsztat".



Wizja chciała, żeby nowe szaty chlebaka pasowały do szafeczki na klucze, wiszącej w naszej kuchni, a wykonanej przeze mnie jakieś 2 lata temu. A ponieważ z ozdabiania szafeczki zostało mi co nieco serwetki w miechunki (tudzież zwane papryczkami ;), nie było co się dalej zastanawiać. Tak oto się ona prezentuje:



Nie miałam żadnego stylowego klucza :(
Może o tej szafeczce kiedyś więcej napiszę, gdyż jestem z niej zadowolona (a była jednym z moich pierwszych dekupażków), ale wróćmy do...

1. Po rozmontowaniu chlebaka na części, standardowo pojechałam całość (oprócz brązowych elementów) białą farba akrylową Maimeri (jest dosyć przyczepna do plastiku). 
2. Następnie wykonałam czerwone "paski" gotową farbą średniej jakości. 
3. Tą samą farbą pomalowałam "podstawę" pojemnika.

4. Następnie powycinałam papryczki, nie robiąc tego (przyznaję) zbyt dokładnie. Myślałam, że i tak po przyklejeniu będę je obmalowywać czarną farbą, więc nie będzie tej niedokładności widać. Się na tym przejechałam, bo jednak trochę pod farbą widać i wiem, że trza albo barrdzo dokładnie wyciąć motyw, albo "wydrzeć" przy pomocy mokrego pędzelka. Wtedy kontury będą łagodniejsze i łatwiej zleją się z tłem. 

5. Po przyklejeniu motywów nastąpiło domalowywanie czarnego tła, co jest zajęciem trochę żmudnym (czy z tego powodu tak mało widać w necie dekupażów na ciemnym tle?)
Na koniec nie mogłam sobie odpuścić mojego ukochanego Bronzo 475 (dziewczyny lubią brąz, he he, jak śpiewa znany polski piosenkarz), którym pojechałam też czerwoną podstawkę i boczne elementy mocujące. 

Pojemnik wycięty z kontekstu :)

Z boku - ależ blask, ojj...
O lakierowaniu trza również wspomnieć dla porządku... Miałam tylko akuratnie jeden rodzaj lakieru (V33 satyna), który w tym przypadku jest trochę zbyt błyszczący. Chyba go przemaluję jakimś matem, a może mi przejdzie?

I to można rzec całość metamorfozy smutnego chlebaka... Chociaż, nie do końca. Nie pokazuję wnętrza chlebaka, gdyż z powodu ówczesnego braku pomysłu pozstało ono w niezmienioniej formie. Zamierzam się jednak za nie kiedyś wziąć, myślę o pomalowaniu jakoś, zobaczymy... 

Życząc smacznego chleba powszedniego zapowiadam na następny raz drób, albo róże, albo lawendę. Zobaczymy, co się szybciej dokończy :)

Trochę z boku, trochę z góry
Tył

I ostatnie...

piątek, 17 maja 2013

Taborety i spółka


Właśnie. Najpierwsze były taborety. Drewniane stołki, tudzież zydle :) Gdy zamieszkałam z nimi pod jednym dachem, były pomalowane farbą olejną na niebiesko i fakt, komponowały się kolorystycznie z ówczesną kuchnią i łazienką. Ale wyglądały smutnie i jakoś tak komunistycznie... Historia pomalowania ich przeze mnie na kolor obecny (miedź) jest równie długa, co barbarzyńska... Poprzestanę na tym, że w potraktowane zostały eksperymentalnie farbą Hammerite ;) kolor młotkowy miedziany. Nawet miałam obawę, czy aby ta (w końcu do metalu) farba nie wyżre drewna i przez parę dni patrzyłam, czy stołki nie ulegają anihilacji ;))

W skrócie można moją decyzję uzasadnić tak: tym stołkom i tak już nic nie mogło zaszkodzić, są stare, sfatygowane. Nie chciało mi się zajmować nimi "po bożemu", czyli usuwać starej farby, skrobać, szlifować, etc. Ktoś powie, że to grzech tak traktować drewno. Owszem, miałam chwilę bólu serca, ale tylko chwilę. Bo to ani antyki, ani rodowe, ani sentymentalne. Zwykłe zydle, jakich pewnie jeszcze wiele znajdę na  śmietniku ;) 
A czasem, jak jest impuls i wena, trzeba działać szybko i wykorzystując to, co jest akurat 
w domu, bo jeszcze zew zmiany przeminie... 
A że ten Hammerite został po malowaniu rur, i futryn, i lampy metalowej... 

Smród był przy tym przeokrutny, dobrze że mamy przedpokoik - wiatrołap, w którym mogłam te taburety zamknąć na noc... Po wyschnięciu okazało się, że całkiem nieźle wyglądają, farba nie odłazi, przeciwnie - trzyma się mocno.
I trwały tak one w tej miedzi tylko, dopóki nie stworzyłam chustecznika naszego domowego... Też szybka akcja to była, wizja, jakaś  zapomniana serwetka, rachu ciachu, Maimeri Bronzo, smugi z miedzinej konturówki i oto jest... Nie jakieś tam przecudnej urody dzieło, tylko użytkowo, praktycznie, kolorystycznie do pokoju pasująco-niezobowiązująco:

Chustecznik z jednej strony
I z drugiej
Serwetek z motywem brązowych listków było chyba sztuk dwie, więc zaświtało mi, że pozbyć się ich można wycinając motywy na stołeczki właśnie... I tak listki wycięłam i nakleiłam na 2 przeciwległe boki. 

Oto jak prezentują się:

Lśniąc metalicznym blaskiem Hammerite'a...




Mieszkały sobie te sprzęty w domiszczu naszym służąc dzielnie... 

Aż nagle, całkiem niedawno pojawiła się w moim mózgu wizja "pudełeczka-pierdółeczka". 
Czyli że przydałoby się coś takiego, że gdy się przychodzi i rzuca klucze, okulary przeciwsłoneczne, drobne pieniądze, ulotki, gumki do włosów, pomadkę ochronną do ust, latawiec z jajka-niespodzianki, nakrętkę do śrubki,  itp. pierdoły, które walają się zawsze 
i wszędzie po stole, komodzie...Uffff.... To że można by to wszystko wciepnąć do jednego miejsca, czyli do Pudełeczka-Pierdółeczka. I już będzie to inaczej wyglądać. Przynajmniej bajzel będzie skumulowany w jednym miejscu :) A że miałam w zanadrzu takie drewniane "coś", co by sie idealnie na takowe "Pudełeczko " zdało, postanowiłam zadziałać :). 
Lubię, jak zgrywają  mi się idealnie elementy: pomysł, wizja, rzecz dostępna akurat w domu, serwetka czy też inne elementy dekoracyjne, farby, preparaty...



A, żeby jeszcze wkurzyć tych, którzy mają już dosyć motywu z tacy i z ociekacza na sztućce: wykorzystałam resztkę resztek TEJ właśnie serwetki na wnętrze pudełeczka...Domalowałam czerwone tło i pomazałam Maimeri Polycolor Bronzo. 


Wnętrze pudełeczka

Na bokach serwetka znana z taboretów i chustecznika plus "postarzające" maziaje suchym pędzlem i Bronzo (to Bronzo jest naprawdę dobre na wszystko. Uwielbiam :).



Cóż dodać? Pudełko spełnia swoją funkcję, jak się czegoś nie może znaleźć, to wiadomo, 
że prawie na pewno jest tam :))



A tutaj spółka w komplecie:





środa, 8 maja 2013

Kącik staroci cz. 1. Pudła dla Rycha.


Jak zapowiedziałam na początku, będę co jakiś czas przedstawiać moje bardzo stare prace, wykonane jeszcze w epoce "przeddekupażowej" i przed boomem handmade w Polsce. Miałam wręcz wrażenie, że samodzielnym wykonywaniem prezentów zajmuje się niewiele osób, przynajmniej w moim środowisku. Nie istniały w mojej świadomości blogi, tutoriale, fora, nie wpadłam na to, żeby szukać czegoś na temat rękodzieła w necie. Robiłam wszystko intuicyjnie, jak mi w sercu zagrało. Po prostu czasami przyszedł do głowy pomysł, realizowałam go i najczęściej ktoś z mojej rodziny lub znajomych dostawał "to coś" w prezencie. Patrząc z perspektywy, były to rzeczy mniej lub bardziej udane, do niektórych już bym się dzisiaj nie przyznała ;). Ale postanowiłam zrobić akcję i zarchiwizować wszystkie moje (oczywiście te, które się jeszcze ostały) wytwory "ku pamięci". 
Obiecuję, że w tych podróżach retrospektywnych nie będę pokazywać największych potworków dzieła rąk moich ;)

Dzisiaj zaprezentuję kilka pudeł, którymi zostawał obdarowany mój kumpel Rychu i które dzięki jego uprzejmości możemy tu oglądać. Ponieważ Rychu od lat jest zapalonym fotografem, zawsze miał stosy odbitek i w zamyśle miały być to pudła przeznaczone do przechowywania zdjęć. Jak widać (i ku mojemu bezbrzeżnemu zdziwieniu) pudła jeszcze żyją i pełnią swoją funkcję :). 

Jako pierwsze obejrzyjcie "Kolorowe". Jest to zwykłe kartonowe pudełko, zapewne po butach, obklejone przeze mnie materiałem pozyskanym ze spodenek bodajże. 

Z tego, co pamiętam, zastosowałam klej Butapren lub Wikol. Tak wygląda z góry:


Poniżej widzimy "zamknięcie" zrobione z drewnianego koralika. Do klapy przyszyta jest pętelka, o którą się  ten koralik zahacza :) 



A tu bok z oryginalną spodenkową kieszonką. Muszę dopytać Rycha, czy kiedykolwiek tą kieszonkę wykorzystał :D :D


Wnętrze pudła. Widoczny upływ czasu, i taśma klejąca jako środek zaradczy.:


Kolejny na tapecie jest"Frędzlak". Również wykorzystałam stare pudło po butach, oraz jakąś starą chustę, czy też narzutę. Pamiętam, że z tego materiału powstały też ramki na zdjęcia. 


A tu mamy zbliżenie na zamknięcie - guzik i sznurek.


Powstanie tego pudła datuje się na rok 2007. Wiem to, bo w środku na wieczku jest wpis z życzeniami urodzinowymi. Wnętrza niestety nie pokażę, gdyż obecnie nie prezentuje się ono zbyt wyjściowo :). 
Dodam jeszcze, że klapa jest zintegrowana z pudłem.

Wpis zawiera również pudełko nazwane jakże oczywiście "Liściem". Materiał: karton po butach, moja stara bluza "z misia" zwanego również welwetem lub innym aksamitem ;), czerwona farba w sprayu, klej, nożyczki, listek klonu wcześniej wysuszony w książce...



Widoczne na powyższym zdjęciu "białe coś" na liściu i wokół to albo klej, który wylazł, albo nie wiem już co... Powiedzmy, że taki "efekt specjalny" ;)
A, rzecz została wykonana w roku 2008.

Jako ostatnie wystąpi najbardziej dziwaczne, ale i sympatyczne "Pudło z babcią". Nie jest to ani moja, ani Rycha babcia :) Ot, kiedyś miałam skądś zestaw kwadratowych kartek z dziwnymi obrazkami (np. rodzinka, drewniany dom) i ta babcia jakoś tak mi przypasowała. 
Na wykonanie tego pudła poświęciłam ...sukienkę. Nie że moją ulubioną ;), jakąś starą, niewiadomego pochodzenia, na nikogo nie pasującą. Ale z bardzo porządnego materiału. 


Zdjęcie babci otoczone jest "ramką" zrobioną przy użyciu "gumowej" farbki do malowania na szkle. Zamknięcie oczywiście na "guzik z pętelką"... 



I tak oto kończy się ten odcinek sentymentalnej podróży w krainę starych prezentów ;) 
Wielka to dla mnie radość, że one jeszcze są, i że służą osobom obdarowanym...
Dzięki Rychu za zrobienie zdjęć... Obiecuję Ci kolejne pudło :) Tym razem drewniane, solidne :) 

piątek, 26 kwietnia 2013

Nowe życie puszki :)


W każdym domu potrzebne jest coś do trzymania długopisów, ołówków, kredek, pędzli, itp. U nas służą do tego stare "lekko uszkodzone" kubki, słoiki lub puszki, np. po kukurydzy konserwowej, groszku, pomidorach itp. Puszkę taką zamiast wyrzucić, można sobie w bardzo prosty sposób przysposobić do "drugiego życia".

Puszka "przed"

Dziś zaprezentuję 2 puszeczki, które zrobiłam dawno temu, i jedną "świeżą", którą potraktowałam eksperymentalnie szpachlówką do drewna.   

Najpierw prostsza wersja - nazwę ją "z prążkami". Po umyciu puszeczek, pomalowałam je na biało farbą akrylową, (można zastosować też specjalny podkład lub zwykłą emulsję do ścian). W czasie, gdy sobie schły, wycięłam z serwetek motywy ludowe. Nie jestem wielką fanką ludowszczyzny, ale te wzory akurat mi podpasowały do puszek, no i są jakieś takie uniwersalne, jeśli chodzi o wnętrze. Ani przeszkadzają, ani dominują... 
Następnie przyklejenie serwetek (trzeba dobrze przyłożyć i cały czas trzymać motyw, przyklejać ostrożnie - obła powierzchnia zawsze jest pełna pułapek ;). Na koniec kilka warstw lakieru akrylowego położonego szerokim pędzlem, standardzik. I oto te puszeczki:


Wyglądają miło, spełniają swoją funkcję, niby git. A jednak zawsze trochę mierziły moją upierdliwą duszę te prążki, tzn. rowki, które zdradzają, że to puszka... Aż przyszedł moment, gdy w oko wpadła  mi SZPACHLÓWKA NATURALNA DO DREWNA (cena ok. 5 zł za 200g.). Od dłuższego czasu leżała sobie spokojnie, nawet przeterminowała się o 2 lata :) Moment ten zgrał się ze zrobieniem zupy 
z pomidorów puszkowych i wpadnięciem w moje łapy kolejnej puchy :) 
Pomyślałam: czemu by nie spróbować mariażu metalu z drewnem i nie oblepić puchy tą masą? 


Szpachlówkę nakładałam akurat tym, co miałam na podorędziu, czyli opakowaniem po lekarstwie mojego dziecka :), ale podobno daje radę stara karta bankomatowa. Oczywiście w przypadku braku profesjonalnej szpatułki, czy szpachelki...

Moje prymitywne narzędzie do nakładania masy

Po oblepieniu puchy owinęłam ją w foliową koszulkę i kulałam po stole, w celu usunięcia nierówności.


Nałożyłam dosyć cienką warstwę masy i po zabiegu z folią okazało się, że jeszcze gdzieniegdzie widać te rowki - nałożyłam więc w tych miejscach dodatkową warstwę. Zahaczyłam też o wnętrze puszki - oblepiłam tą ostrą nieprzyjemną krawędź. Pomagałam sobie nożem, palcami i znów foliową koszulką. Pozostawiłam do wyschnięcia. Schło dosyć długo, ale zawsze można przyspieszyć ten proces suszarką do włosów. 

Po wyschnięciu masa elegancko przylega do puszki, nie odpada, jest dosyć twarda, ale daje się szlifować papierem ściernym, co też uczyniłam. Nie zależało mi na idealnej gładkości, chciałam uzyskać efekt starego przedmiotu (tzw. vintage ;)), stąd dziurki, rysy, lekkie nierówności.
Następnie pomalowałam puchę: 
-1 warstwą farby Platinum White firmy Maimeri (stał ten kolor już tyle lat niewykorzystywany, a tu przypasował jako podkład). Te super farby Maimeri odziedziczyłam po moim Ś.P. Wujku Stanleyu 
i mimo że mają już parę lat, wciąż nic się z nimi nie dzieje. Naprawdę są OK, fajnie kryją, szybko schną. 
To taka mała przerwa na reklamę (darmową niestety) :)
-2 warstwą zwykłej bieli, ale tak, że w niektórych miejscach przebija ta platyna. Byłam ciekawa efektu. 
Dodam, że farba pięknie trzyma się tej masy szpachlowej.
Pucha pomalowana na biało
Wydarłam na mokro (przy użyciu pędzelka) bluszcze i "pismo" z serwetki.

Przykleiłam na puszkę. Po wyschnięciu kleju przy użyciu suchego pędzla i metalicznej farby Maimeri Bronze starałam się uzyskać efekt lekkiego postarzenia. Na koniec jeszcze tradycyjnie lakier i oto bluszcze wiją się na puszcze! :))







Powiem na koniec, że zastosowanie tej szpachlówki dodaje puszce ciężkości, tak, że staje się mniej "wywrotna" i "puszkowa". Słowem: eksperyment uważam za udany, aczkolwiek będę szukać jeszcze innych, tańszych substancji do oblepiania puszek. 
Mam już w zanadrzu kolejny pomysł ;) 


niedziela, 21 kwietnia 2013

Chustecznik z haftem kaszubskim i trochę wiosny

Dziś mało pisania, więcej obrazu. Taką miałam wizję tego pudelka na chusteczki - żeby było na białym tle, tak prosto, jasno, no i lubię haft kaszubski. Pobyt na Kaszubach też zawsze był miłym przeżyciem, mam dużo wspomnień związanych z tymi terenami, więc na pewno ten chustecznik nie będzie moim ostatnim przedmiotem ozdobionym takimi motywami. Żeby wszystko było jasne, to ten haft to jest decoupage :) Zaprezentuję chustecznik we wrocławskiej wiosennej scenerii. Niby kwiatki do kwiatków to nie za bardzo, ale nie zawsze musi być politycznie poprawnie :) W końcu wiosna jest, no nie?! :)) 

Te białe kwiatki nie wiem, jak się nazywają...

W forsycjach, na płocie PCK :)
Z fiołkami
Forsycje jeszcze raz :)
A tu magnolie (chyba?) w pąkach
I stokrotki...
I na koniec fijołki solo :)


Ściskam wiosennie :))